W minionym tygodniu szkoleniowcowi Cracovii Stefanowi Majewskiemu skoczyło ciśnienie.
- Między treningami w środę zadzwonił telefon z zagranicy - opowiada Majewski.
- Człowiek, który mówił po niemiecki, przedstawił się jako członek BDFL, czyli Związku Niemieckich Nauczycieli Futbolu. I zapytał, czy nie zechciałbym specjalnie dla tej organizacji sporządzić raportu na temat słabości w grze reprezentacji Polski.
- Poczułem się co najmniej dziwnie. Od razu odpowiedziałem więc, że ta oferta nie jest fair,
i zaproponowałem, żeby dyskusję uznać za niebyłą, bo naprawdę poczułem się zniesmaczniony.
- Wtedy usłyszałem, że za wykonanie zadania jest gratyfikacja, dokładnie 1000 euro. W tym momencie otrzeźwiałem, wiedziałem już, że Niemcy nie mogliby zaproponować tak śmiesznej stawki. Wydaje mi się, że prowokacja mogła być dziełem prasy bulwarowej. Skoro całkiem niedawno dał się wkręcić Czesiek Michniewicz i przypłacił to utratą posady, to może teraz przyszła kolej na mnie. To smutne, bo ktoś najwyraźniej chce skompromitować naszą piłkę w przededniu startu w finałach mistrzostw Europy.
Źródło: Piłka Nożna







