Po spotkaniu zawodnicy Arki byli zmieszani, bo nie wiedzieli, jakie są ostateczne rozstrzygnięcia. - Tylko w Polsce takie rzeczy są możliwe - mówił Andrzej Bledzewski, bramkarz gdynian.
- Nie byłoby problemu, gdybyśmy we wcześniejszych meczach nie potracili punktów. Chcieliśmy jednak grać fajną i widowiskową piłkę i niekiedy nadziewaliśmy się na rywali. W spotkaniu z Motorem było bardzo nerwowo, emocje sięgały zenitu, ale udało się nam dopiąć swego. Motor postawił bardzo trudne warunki faworytowi. W pierwszej połowie miejscowi stworzyli groźniejsze sytuacje bramkowe (blisko szczęścia byli Kamil Stachyra i Paweł Maziarz, a akcję Daniela Koczona w polu bramkowym powstrzymał Bledzewski), ale chwila nieuwagi pozwoliła przyjezdnym zejść do szatni prowadząc 1:0. Gola zdobył Grzegorz Niciński, który głową sfinalizował dośrodkowanie Bartosza Ławy z rzutu rożnego.
Po zmianie stron lublinianie nadal nie odstawali od Arki i momentami przytłaczali rywali. - Nie mogliśmy pozwolić sobie nawet na remis, dlatego cofnęliśmy się i chcieliśmy utrzymać korzystny dla nas wynik - tłumaczy Jończyk.
To nie wyszło gościom na dobre, bo w 61. minucie wyrównał Rafał Król, strzelając skutecznie zza szesnastki. Ale riposta nadeszła szybko. Strata w środku pola pozwoliła Arce zawiązać kontrę, po której piłkę do siatki Przemysława Mierzwy wpakował Bartosz Karwan. Nerwowa końcówka nie przyniosła już zmiany rezultatu.
Źródło: Przegląd Sportowy







